w głowie mam natłok myśli, których nie potrafię przelać na papier. gdyby tak one same się zapisywały w odpowiedniej formie...
jem czekolade, brudzę sobie laptopa przy tym, ale i tak jest fajnie.
ps. dzisiejszy dzień spędzę chyba z dziadami, weselem i makbetem.
niedziela, 29 grudnia 2013
sobota, 28 grudnia 2013
a
dziwnie się czuję nie mogąc wykrzesać z siebie chodź odrobiny słów do wypracowania.
czarno widzę swoją maturę.
od zawsze miałam dla nich więcej współczucia
No właśnie, do kogo?
Do zwierząt. Zawsze to im bardziej współczułam w ich biedocie, braku domu, jedzenia, tułania się po okolicy, zdechnięcia z głosu, kiedy były bite, rozrywane na strzępy. Ludzie przynajmniej mogą ubiegać się o sprawiedliwość albo samemu zająć się sprawą, na przykład kiedy ktoś kogoś pobije czy okradnie. A one? Nie potrafią mówić, nikt nie zwraca uwagi na krzywdę, jaka się im dzieje.
Skąd ten pomysł na post?
Pisząc, a tak na prawdę próbując, siląc się napisać chodź trochę prezentacji na ustną maturę i nie mogąc znieść hałasu jaki panuje aż do tego czasu w moim domu, wsadziła w uszy słuchawki i zdecydowałam się puścić jakąś melodię, dzięki której może myśli napłynęły by mi do głowy i po prostu wylały by się do worda tak samo jak teraz tutaj. I mój wybór padł na zespół God Is An Astronaut. Kiedyś słuchając go zapamiętałam tytuł jednej piosenki, która najbardziej mi się spodobała i trafiła do mnie - Frozen Twilight. To sama melodia, która uspokaja mnie równie dobrze jak Orion od Metalliki.
No ale dobra, żeby nie schodzić na drugi temat kontynuuję. Włączyłam piosenkę na yt, bo coś w aresie nie chciało się pobierać i zaczęłam oglądać teledysk. Psy husky bawiące się i ganiające za zorzą polarną, wszędzie kupa tak brakującego mi teraz śniegu i niespodziewana śmierć jednego z nich. Tamten stoczył się ze stoku, zatrzymując się na dole będąc już martwym. Myślałam, że reszta nie skoczy za nim bojąc się, że skończą jak i on; a pomyliłam się - popędziły na dół całą grupą, okrążyły jego nieruchome ciało tuląc się do niego i spędzając razem z nim tak noc.
Husky są śliczne, a osadzenie ich a nie akurat jamników, które z resztą zginęłyby w śniegu, było strzałem w dziesiątkę. Przyszedł ranek, a one, zasypane śniegiem musiały go opuścić. Żeby dokładnie opisać koniec musiałabym się zmusić do tego, żeby obejrzeć to raz jeszcze, a raczej nie zrobiłabym tego, bo znowu bym się poryczała wiedząc, że gdzieś na świecie, w naszych realiach jest tak samo.
Zwierzęta bardziej przeżywają śmierć jednego z członków stada, siedzą przy sobie ile mogą, czasem nawet uśmiercając i siebie tym czekaniem. Wiele jest takich przypadków czy to w filmach czy w naszym świecie. To jest coś pięknego. Pomyśleć, że w naszych oczach są tylko zwierzętami, nie potrafią mówić, myśleć, słuchać, są stworzone do głaskania czy polowań itd. W rzeczywistości mają w sobie więcej uczucia niż my.
Ludzie opłakują śmierć bliskiego; my co prawda nie jesteśmy psami, jednak nie potrafimy udzielić sobie jakiegoś takiego wsparcia że wsparcia.
Teledysk doprowadził mnie do płaczu. Może to i głupie, że to na niby, bo tylko teledysk, ale czy tak nie jest naprawdę, w codziennym życiu?
Nie napisałam tego dlatego, żeby tylko ograniczyć się do ubolewania na ich losem.
*
Słyszałam, że kot może udusić człowieka, a po śmierci go zjeść.
Ciekawe.
*
I nie mylić mi tego z przywiązaniem.
Do zwierząt. Zawsze to im bardziej współczułam w ich biedocie, braku domu, jedzenia, tułania się po okolicy, zdechnięcia z głosu, kiedy były bite, rozrywane na strzępy. Ludzie przynajmniej mogą ubiegać się o sprawiedliwość albo samemu zająć się sprawą, na przykład kiedy ktoś kogoś pobije czy okradnie. A one? Nie potrafią mówić, nikt nie zwraca uwagi na krzywdę, jaka się im dzieje.
Skąd ten pomysł na post?
Pisząc, a tak na prawdę próbując, siląc się napisać chodź trochę prezentacji na ustną maturę i nie mogąc znieść hałasu jaki panuje aż do tego czasu w moim domu, wsadziła w uszy słuchawki i zdecydowałam się puścić jakąś melodię, dzięki której może myśli napłynęły by mi do głowy i po prostu wylały by się do worda tak samo jak teraz tutaj. I mój wybór padł na zespół God Is An Astronaut. Kiedyś słuchając go zapamiętałam tytuł jednej piosenki, która najbardziej mi się spodobała i trafiła do mnie - Frozen Twilight. To sama melodia, która uspokaja mnie równie dobrze jak Orion od Metalliki.
No ale dobra, żeby nie schodzić na drugi temat kontynuuję. Włączyłam piosenkę na yt, bo coś w aresie nie chciało się pobierać i zaczęłam oglądać teledysk. Psy husky bawiące się i ganiające za zorzą polarną, wszędzie kupa tak brakującego mi teraz śniegu i niespodziewana śmierć jednego z nich. Tamten stoczył się ze stoku, zatrzymując się na dole będąc już martwym. Myślałam, że reszta nie skoczy za nim bojąc się, że skończą jak i on; a pomyliłam się - popędziły na dół całą grupą, okrążyły jego nieruchome ciało tuląc się do niego i spędzając razem z nim tak noc.
Husky są śliczne, a osadzenie ich a nie akurat jamników, które z resztą zginęłyby w śniegu, było strzałem w dziesiątkę. Przyszedł ranek, a one, zasypane śniegiem musiały go opuścić. Żeby dokładnie opisać koniec musiałabym się zmusić do tego, żeby obejrzeć to raz jeszcze, a raczej nie zrobiłabym tego, bo znowu bym się poryczała wiedząc, że gdzieś na świecie, w naszych realiach jest tak samo.
Zwierzęta bardziej przeżywają śmierć jednego z członków stada, siedzą przy sobie ile mogą, czasem nawet uśmiercając i siebie tym czekaniem. Wiele jest takich przypadków czy to w filmach czy w naszym świecie. To jest coś pięknego. Pomyśleć, że w naszych oczach są tylko zwierzętami, nie potrafią mówić, myśleć, słuchać, są stworzone do głaskania czy polowań itd. W rzeczywistości mają w sobie więcej uczucia niż my.
Ludzie opłakują śmierć bliskiego; my co prawda nie jesteśmy psami, jednak nie potrafimy udzielić sobie jakiegoś takiego wsparcia że wsparcia.
Teledysk doprowadził mnie do płaczu. Może to i głupie, że to na niby, bo tylko teledysk, ale czy tak nie jest naprawdę, w codziennym życiu?
Nie napisałam tego dlatego, żeby tylko ograniczyć się do ubolewania na ich losem.
*
Słyszałam, że kot może udusić człowieka, a po śmierci go zjeść.
Ciekawe.
*
I nie mylić mi tego z przywiązaniem.
niedziela, 3 listopada 2013
tego słucham
Muzyka. Najważniejsza rzecz w moim życiu. Pomaga lepiej niż jakikolwiek psycholog, to lekarstwo na wszystkie moje problemy. Zawsze przy mnie jest, trzyma mocno za rękę i nie puszcza. Moja jest głośna, z gitarami i perkusją w tle, w wymyślnych solówkach, w tekście przepełnionym emocjami, uczuciem, radością a niekiedy i bólem.
Lubię posłuchać HIM'a i ich melancholijnych melodii.
Każdy z nas ma swoje ulubione kawałki, zespoły, artystów. To nie podlega dyskusji, chodź coraz częściej widzimy spory między fanami One Direction a Biebera czy bodajże Lady Gagi z kimś innym. Jedni zarzucają drugim pozerstwo, bo nastała moda na rock/metal i metale (niech będą oni, no) poczuli się dotknięci tym, że jakaś laska z gimnazjum, która wie, że modna jest bluzka z AC/DC, bo wychaczyła ten trend na jednym z modowych blogów. I wybucha wielka awantura, bo przecież JAK ONA MOŻE???? Powinno nas to doprowadzać do takiego stanu i wszczynać chaos? Nie. Przecież taka jak ona nigdy nie pozna co to prawdziwa muzyka, nie poczuje tego ducha rocka, nie zasmakuje tej dawki muzyki, która będzie żyć wiecznie; nie będzie czuć dreszczy na ciele słysząc legendarny głos artysty, który na żywo lepiej śpiewa niż jakaś tam Minaj po wyczyszczeniu jej nagrania. Z resztą, po co ja porównuje jedno do drugiego? Wybaczcie mi.
Mówię, że jestem niby tolerancyjna co do innych gatunków muzycznych i wykonawców ery pop 2013 roku, ale nie mogę znieść myśli, że takie kompletne beztalencia jakie chodzą teraz po ziemi mają po miliony więcej słuchaczy i wejść na YT niż wielkie, legendarne zespoły typu Metallica, Queen czy Żelazne Dziewice. To jest MUZYKA a nie piosenka, w której głos wokalisty daleko odbiega od rzeczywistości. Zmiksowane dźwięki sama nie wiem czego zawojowały naszą sceną muzyczną w czasach, w których przyszło nam żyć, a prawdziwe melodie niedługo zaginą, a słuchać ich będą nieliczni, którzy się na tym wychowali. Osobiście sama zrezygnowałam z disco polo (o zgrozo, wstyd mi się przyznać), którego słuchałam wraz z mega fajnym popem i techno w podstawówce na rzecz czegoś, czego teraz słuchając czuje w sercu nieopartą pokusę wyjrzenia przez okno i wydarcia się na cały głos. Będąc teraz już w maturalnej klasie za nic w życiu nie oddałabym tych, ile to już czasu? - jakichś sześciu lat słuchania muzyki, której teksty nie opowiadają o kolejnej imprezie z dziewczynami o cyckach niczym przysłowiowe donice, ostro zakrapianym melanżu, pieprzeniu się z kim i gdzie popadnie, a i z melodią, od której uszy albo puchną, albo więdną, albo w ogóle odmawiają posłuszeństwa.
Nie mówię też, że pop, discopolo itd. to jakieś grzechy, zło itd nie, bo sama lubię posłuchać starej Madonny czy Modern Talking. Ale to też dzieli nas od nich dekady, a co za tym idzie zmiana znaczenia między pojęciem 'muzyka pop' a 'coś co ją naśladuje' jest jednak różnicą.
Mam swój mały rytuał: zawsze przed snem wkładam słuchawki do uszu i wsłuchuję się w ukochane dźwięki. Pewnie nie ja jedyna. Gdy raz tego nie zrobiłam, wstając, czułam się dziwnie i brakowało mi czegoś. Ona zawsze musi być. Jest jak kołysanka, którą matki śpiewają swoim dzieciom, tak i ona jest dla mnie swoistą matką, która zawsze pomoże mi zasnąć.
Mając swoje dzieci (których ja nie planuję) musimy przekazywać im to, czego słuchamy i zasiewać od najmłodszych lat ziarenko naszej muzyki. Sprawić, aby kolejne pokolenia opowiadały o nich kolejnym, słuchały ich i tak dalej i tak dalej.
Tak czy inaczej, kiedy już umrzemy, mam nadzieję, że spotkam w niebie (jeśli jest) swoich wykonawców i zespoły i tam na górze będziemy razem siedzieć w kółku całą wieczność i (ja) będę słuchać kolejnych piosenek moich ukochanych zespołów. Gorzej będzie, kiedy znowu będą dzielić mnie miliony mil od nich a wyjazd na koncert będzie, tak jak teraz, nierealny.
nie wiem, czy ktoś to czyta czy nie, ale przynajmniej mogę powiedzieć wszystko tutaj, co mi leży na sercu i nie słuchać kazania na ten temat albo tego, jaka jestem głupia że tak mówię. mam to w dupie.
wolność słowa w internecie!
Lubię posłuchać HIM'a i ich melancholijnych melodii.
Każdy z nas ma swoje ulubione kawałki, zespoły, artystów. To nie podlega dyskusji, chodź coraz częściej widzimy spory między fanami One Direction a Biebera czy bodajże Lady Gagi z kimś innym. Jedni zarzucają drugim pozerstwo, bo nastała moda na rock/metal i metale (niech będą oni, no) poczuli się dotknięci tym, że jakaś laska z gimnazjum, która wie, że modna jest bluzka z AC/DC, bo wychaczyła ten trend na jednym z modowych blogów. I wybucha wielka awantura, bo przecież JAK ONA MOŻE???? Powinno nas to doprowadzać do takiego stanu i wszczynać chaos? Nie. Przecież taka jak ona nigdy nie pozna co to prawdziwa muzyka, nie poczuje tego ducha rocka, nie zasmakuje tej dawki muzyki, która będzie żyć wiecznie; nie będzie czuć dreszczy na ciele słysząc legendarny głos artysty, który na żywo lepiej śpiewa niż jakaś tam Minaj po wyczyszczeniu jej nagrania. Z resztą, po co ja porównuje jedno do drugiego? Wybaczcie mi.
Mówię, że jestem niby tolerancyjna co do innych gatunków muzycznych i wykonawców ery pop 2013 roku, ale nie mogę znieść myśli, że takie kompletne beztalencia jakie chodzą teraz po ziemi mają po miliony więcej słuchaczy i wejść na YT niż wielkie, legendarne zespoły typu Metallica, Queen czy Żelazne Dziewice. To jest MUZYKA a nie piosenka, w której głos wokalisty daleko odbiega od rzeczywistości. Zmiksowane dźwięki sama nie wiem czego zawojowały naszą sceną muzyczną w czasach, w których przyszło nam żyć, a prawdziwe melodie niedługo zaginą, a słuchać ich będą nieliczni, którzy się na tym wychowali. Osobiście sama zrezygnowałam z disco polo (o zgrozo, wstyd mi się przyznać), którego słuchałam wraz z mega fajnym popem i techno w podstawówce na rzecz czegoś, czego teraz słuchając czuje w sercu nieopartą pokusę wyjrzenia przez okno i wydarcia się na cały głos. Będąc teraz już w maturalnej klasie za nic w życiu nie oddałabym tych, ile to już czasu? - jakichś sześciu lat słuchania muzyki, której teksty nie opowiadają o kolejnej imprezie z dziewczynami o cyckach niczym przysłowiowe donice, ostro zakrapianym melanżu, pieprzeniu się z kim i gdzie popadnie, a i z melodią, od której uszy albo puchną, albo więdną, albo w ogóle odmawiają posłuszeństwa.
Nie mówię też, że pop, discopolo itd. to jakieś grzechy, zło itd nie, bo sama lubię posłuchać starej Madonny czy Modern Talking. Ale to też dzieli nas od nich dekady, a co za tym idzie zmiana znaczenia między pojęciem 'muzyka pop' a 'coś co ją naśladuje' jest jednak różnicą.
Mam swój mały rytuał: zawsze przed snem wkładam słuchawki do uszu i wsłuchuję się w ukochane dźwięki. Pewnie nie ja jedyna. Gdy raz tego nie zrobiłam, wstając, czułam się dziwnie i brakowało mi czegoś. Ona zawsze musi być. Jest jak kołysanka, którą matki śpiewają swoim dzieciom, tak i ona jest dla mnie swoistą matką, która zawsze pomoże mi zasnąć.
Mając swoje dzieci (których ja nie planuję) musimy przekazywać im to, czego słuchamy i zasiewać od najmłodszych lat ziarenko naszej muzyki. Sprawić, aby kolejne pokolenia opowiadały o nich kolejnym, słuchały ich i tak dalej i tak dalej.
Tak czy inaczej, kiedy już umrzemy, mam nadzieję, że spotkam w niebie (jeśli jest) swoich wykonawców i zespoły i tam na górze będziemy razem siedzieć w kółku całą wieczność i (ja) będę słuchać kolejnych piosenek moich ukochanych zespołów. Gorzej będzie, kiedy znowu będą dzielić mnie miliony mil od nich a wyjazd na koncert będzie, tak jak teraz, nierealny.
nie wiem, czy ktoś to czyta czy nie, ale przynajmniej mogę powiedzieć wszystko tutaj, co mi leży na sercu i nie słuchać kazania na ten temat albo tego, jaka jestem głupia że tak mówię. mam to w dupie.
wolność słowa w internecie!
niedziela, 29 września 2013
wierzyć, nie wierzyć ??
Wczoraj czytałam taki jeden artykuł, nie wiem już gdzie, że pewien polski ksiądz przebywając za granicą na jakieś misji (to była Etiopia, CHYBA) wdał się w orgię wraz z trzema facetami, a na jej koniec został zabity, a jego ciało pocięte na kawałki.
Ksiądz chodzący na orgie to KSIĄDZ?
Nie mam pojęcia, po co facet decyduje się na życie wg zasad Boga i służbie Mu, aby zaraz na prawo i lewo wdawać się w taką formę rozrywki. Pół biedy, gdyby to były kobiety, ale że faceci? To jest dobre przegięcie.
No i tu zaczęły ujawniać się moje poglądy dotyczące chodzenia do kościoła i ogółem wiary. Jak dotąd przejawiałam zachowania typu nie idę do kościoła, bo po co; Bóg i tak mi nie pomoże, chodzbym klęczała na grochu i uderzała głową w mur. Tak, składałam wszystko na Boga byleby nie iść do kościoła. A teraz? Dziś już wiem, że Bóg nie jest winny mojemu braku jako takiej wiary, a mężczyźni w sutannach odprawiający msze. To przez nich teraz nie zamierzam chodzić do kościoła, bo gdy ich widzę, bierze mnie obrzydzenie. Nie mówię oczywiście o wszystkich księżach, bo zdarzą się wyjątki, ale większości księżom wydaje się, że są zwykłymi ludźmi, jak Ty i ja, którym prawo do przyjemności przysługuje tak samo jak i ich parafianom.
Nowe sportowe samochody, wakacje za granicą, plazma w salonie z kanapą wysokiej jakości skóry - żeby było wygodnie, stół zastawiony jedzeniem o każdej porze śniadania, obiadu i kolacji; do tego dochodzą ich łażenie po kolędzie, jedzenie tego, czym poczęstują. A najbardziej to szkoda mi starszych pań, które święcie są przekonane o dobru księdza, któremu oddają chętnie i z zapałem ostatnie grosze z renty.
Księdzem powinno być się z powołania, a nie dla pieniędzy. Czemu biorą kasę za ślub czy pogrzeb? Przecież oni mają OBOWIĄZEK, dodam, że ŚWIĘTY obowiązek udzielić człowiekowi sakramentu czy go pogrzebać. I nie brać za to kasy. A oni biorą w łapska, tłuste od obiadków jakie gotują im te ich gospodynie, pieniądze i dopiero wtedy zrobią to, o co ich poprosisz. Idziesz do kościoła za miesiąc, a tu na plebani stoi nowe auto: sportowe, najnowsze audi, prosto z salonu. Czy księża powinni wozić się takimi samochodami? Ludzie głodują, nie mają co do garnka włożyć, ciężko chorują, bo nie mają skąd wziąć na leki, dzieci wychudzone, żyją w biedzie. A tu taki ksiądz jedzie przez wieś takim autem i nic go nie obchodzą żyjący w nędzy parafianie. To jest sprawiedliwość!
Ostatnio też zauważyłam, że jeden ze zbierających na tacę ma na ręku złotą, grubą bransoletę! No tak, kilka pogrzebów się trafiło, to czemu by nie iść do jubilera i nie kupić nowej błyskotki. Może i przy okazji coś kupi swojej Marysi?
No i w końcu te ich związki bez zobowiązań.
Kiedy Ty powiesz jakiś grzech przy spowiedzi to mało co Cię nie wyzwie, a on co sam robi? Jeszcze lepsze rzeczy, grzeszy na prawo i lewo, uprawiając seks z jakąś młodą kobietą czy żoną znajomego. Potem z tego rodzą się dzieci, dajmy na to bliźniaki, i nikt mu nic nie zrobi. I taka wywłoka łazi po plebani i ołtarzu, siedzi w konfesjonale i rozgrzesza człowieka, kiedy on sam nie ma rozgrzeszenia. I co, że poszedł do biskupa czy u kogo oni się wyspowiadają. Dla mnie oni powinni dostawać dobre kary od Boga i rozgrzeszenie lub jego brak, bo przeniesienie ich z parafii do parafii to kolejna wycieczka dla nich i kolejne złotówki napływające do kieszeni przy odjeździe.
Księży powinno się zamknąć w zakonie, z kratami w oknach szerokości trzech cm. Niech śpią na kamiennych podłogach, jedzą raz dziennie, albo niech w ogóle żyją o chlebie i wodzie; bez telewizji, internetu, kobiet i mężczyzn. Niech modlą się z serca w imię Boga i służą mu całym sobą. Zero kontaktu ze światem - siedzieć cały dzień w celi samemu i błagać Boga o zbawienie dla grzeszników, czytając Biblię.
A nie robią to, o czym wspomniałam wyżej.
Dziwię się, że jeszcze Bóg z góry nie grzmi srodze na nich wszystkich, którzy grzeszą, zamiast działać w imię Boga.
Ksiądz chodzący na orgie to KSIĄDZ?
Nie mam pojęcia, po co facet decyduje się na życie wg zasad Boga i służbie Mu, aby zaraz na prawo i lewo wdawać się w taką formę rozrywki. Pół biedy, gdyby to były kobiety, ale że faceci? To jest dobre przegięcie.
No i tu zaczęły ujawniać się moje poglądy dotyczące chodzenia do kościoła i ogółem wiary. Jak dotąd przejawiałam zachowania typu nie idę do kościoła, bo po co; Bóg i tak mi nie pomoże, chodzbym klęczała na grochu i uderzała głową w mur. Tak, składałam wszystko na Boga byleby nie iść do kościoła. A teraz? Dziś już wiem, że Bóg nie jest winny mojemu braku jako takiej wiary, a mężczyźni w sutannach odprawiający msze. To przez nich teraz nie zamierzam chodzić do kościoła, bo gdy ich widzę, bierze mnie obrzydzenie. Nie mówię oczywiście o wszystkich księżach, bo zdarzą się wyjątki, ale większości księżom wydaje się, że są zwykłymi ludźmi, jak Ty i ja, którym prawo do przyjemności przysługuje tak samo jak i ich parafianom.
Nowe sportowe samochody, wakacje za granicą, plazma w salonie z kanapą wysokiej jakości skóry - żeby było wygodnie, stół zastawiony jedzeniem o każdej porze śniadania, obiadu i kolacji; do tego dochodzą ich łażenie po kolędzie, jedzenie tego, czym poczęstują. A najbardziej to szkoda mi starszych pań, które święcie są przekonane o dobru księdza, któremu oddają chętnie i z zapałem ostatnie grosze z renty.
Księdzem powinno być się z powołania, a nie dla pieniędzy. Czemu biorą kasę za ślub czy pogrzeb? Przecież oni mają OBOWIĄZEK, dodam, że ŚWIĘTY obowiązek udzielić człowiekowi sakramentu czy go pogrzebać. I nie brać za to kasy. A oni biorą w łapska, tłuste od obiadków jakie gotują im te ich gospodynie, pieniądze i dopiero wtedy zrobią to, o co ich poprosisz. Idziesz do kościoła za miesiąc, a tu na plebani stoi nowe auto: sportowe, najnowsze audi, prosto z salonu. Czy księża powinni wozić się takimi samochodami? Ludzie głodują, nie mają co do garnka włożyć, ciężko chorują, bo nie mają skąd wziąć na leki, dzieci wychudzone, żyją w biedzie. A tu taki ksiądz jedzie przez wieś takim autem i nic go nie obchodzą żyjący w nędzy parafianie. To jest sprawiedliwość!
Ostatnio też zauważyłam, że jeden ze zbierających na tacę ma na ręku złotą, grubą bransoletę! No tak, kilka pogrzebów się trafiło, to czemu by nie iść do jubilera i nie kupić nowej błyskotki. Może i przy okazji coś kupi swojej Marysi?
No i w końcu te ich związki bez zobowiązań.
Kiedy Ty powiesz jakiś grzech przy spowiedzi to mało co Cię nie wyzwie, a on co sam robi? Jeszcze lepsze rzeczy, grzeszy na prawo i lewo, uprawiając seks z jakąś młodą kobietą czy żoną znajomego. Potem z tego rodzą się dzieci, dajmy na to bliźniaki, i nikt mu nic nie zrobi. I taka wywłoka łazi po plebani i ołtarzu, siedzi w konfesjonale i rozgrzesza człowieka, kiedy on sam nie ma rozgrzeszenia. I co, że poszedł do biskupa czy u kogo oni się wyspowiadają. Dla mnie oni powinni dostawać dobre kary od Boga i rozgrzeszenie lub jego brak, bo przeniesienie ich z parafii do parafii to kolejna wycieczka dla nich i kolejne złotówki napływające do kieszeni przy odjeździe.
Księży powinno się zamknąć w zakonie, z kratami w oknach szerokości trzech cm. Niech śpią na kamiennych podłogach, jedzą raz dziennie, albo niech w ogóle żyją o chlebie i wodzie; bez telewizji, internetu, kobiet i mężczyzn. Niech modlą się z serca w imię Boga i służą mu całym sobą. Zero kontaktu ze światem - siedzieć cały dzień w celi samemu i błagać Boga o zbawienie dla grzeszników, czytając Biblię.
A nie robią to, o czym wspomniałam wyżej.
Dziwię się, że jeszcze Bóg z góry nie grzmi srodze na nich wszystkich, którzy grzeszą, zamiast działać w imię Boga.
wtorek, 24 września 2013
zaakceptuj
Ostatnio, może nie ostatnio, ale raczej częściej niż kiedyś młodych ludzi dręczą kompleksy, które przeobrażają się w coś naprawdę poważnego. Każdy chce mieć ciało modelki/modela, ładne, białe zęby, proste, małe noski, wcięcie w tali, widoczne obojczyki, wielkie usta, duże cycki, smukłe dłonie itd. I wtedy, patrząc na to z boku, tracimy siebie. Tą osobę, która siedziała w nas aż do tego czasu. Tracimy część samego siebie, tą, która towarzyszyła nam od dobrych lat. Teraz chcemy się zmienić, upodobnić do modelek z okładek i stron vougea, chcemy mieć perfekcyjne ciało, włosy, nosy itd. Myślę, że to również dotyczy płci męskiej, która chce przypominać Adonisa. No i gdzieś po drodze tracimy siebie (to sformułowanie będzie się raczej baaaardzo często pojawiać w tej notatce). Nie wiem, jakbym mogła to opisać słowami, których mi brak niestety (smutne). Każdy goni za kanonami piękna, jakie wyznacza nam ówczesny świat. I to przez społeczeństwo właśnie w naszych głowach rodzą się pomysły aby ulepszyć nieco siebie, prezentować się ładniej. Winne jest temu społeczeństwo, które nigdy nie zaakceptuje osoby z nadwagą, wielkim, garbatym nosem, za małymi oczami i wąskimi ustami, z brakiem wcięcia w tali, chudymi nogami (skóra i kości). Oni wszyscy nie są na to gotowi, ja bynajmniej tak to odbieram, i nie chcą wpuścić w swoje grono kogoś, kto wykracza poza ich przyjęte normy. Oczywiście słyszymy o modelkach nazywanych plus size, jednak i takie przedsięwzięcie często spotyka się z dyskryminacją. Ludzie takich zmian nie chcą, wolą pozostać przy swojej definicji na piękno - dziewczyn wychudzonych, wyglądających jak chodzące wieszaki. Niewiele jest osób, które potrafią zaakceptować siebie takimi, jakimi są, są pozytywnie nastawione do świata i mają gdzieś zdanie tych, którym się to nie podoba. I za tym obstaję i ja, bo nie ważne jest jak człowiek wygląda, ważne jest to, jaki jest. Gruby może okazać się lepszym przyjacielem jak chudy, brzydki może okazać się lepszym kompanem do rozmów jak ładny. A znów to bogaty wypnie się na Ciebie, i wtedy okaże się, że biedny będzie przysłowiowym przyjacielem, którego poznaje się w biedzie. Z resztą, to przedostatnie zdanie nie powinno mieć tu miejsca, bo teraz mi nie pasuje -.-
Denerwuje mnie to, że dziewczyny, bo to głównie ich dotyczy ten problem, robią sobie operacje plastyczne czy narzekają na to, jakie to one są grube i brzydkie. A w rzeczywistości nie są takie brzydkie i takie grube. Sama zmieniłabym w sobie kilka rzeczy, jednak to te rzeczy, których w sobie nie akceptujemy tak naprawdę tworzą NAS. Sama z początku nie mogłam sobie poradzić z moim kompleksem - nosem. Do początku pierwszej liceum było okej, a potem coraz gorzej. Ciągle patrzyłam na małe noski dziewczyn ze swojej klasy i też taki chciałam mieć. Dookoła mnie chodziły zadarte i małe noski, które z biegiem czasu, gdy trafem natykałam się na notatki czy filmiki dotyczące tego, czego w sobie nie lubimy, zaczęły mi brzydnąć. Wydaje mi się, że jest coraz lepiej ze mną, aby wyleczyć się z tego KOMPLEKSU, i mam nadzieję, że niedługo uporam się z nim raz na zawsze. Niedoskonałością kolejną, którą jest moja waga, już się uporałam. Nie obchodzi mnie ile ważę, czy mam przerwę między nogami w miejscu ud. Jem co prawda mniej niż kiedyś, ale jakoś zbytnio nie przywiązuję uwagi do tego, że moje nogi (tylko one :)) wykraczają poza normy społeczeństwa. Bmi mam idealne, więc czego chcieć więcej?
Przyszedł czas, aby uporać się z tym, co nas gryzie we własnym wyglądzie i ZAAKCEPTOWAĆ to, jak wyglądamy. Nie ma sensu użalać się nad sobą, płakać w poduszkę i dręczyć się, że jaka jestem gruba/brzydka/nikt mnie nie lubi/nie będę mieć chłopaka/dziewczyny. Czas wrzucić na luz - jeśli chcesz schudnąć, to rusz tyłek i zacznij biegać czy ćwiczyć z Mel B czy tam Chodakowską. Na wszystko jest rada, uwierzcie mi.
Jednak najważniejsze: jeśli czujesz się dobrze w swojej skórze, to jesteś naprawdę wielkim szczęśliwcem. Nie zmieniaj się tylko dlatego, że ktoś powiedział, że wyglądasz "nie tak". Miej to w dupie, żyj swoim życiem i ciesz się nim, bo "żyje się tylko raz".
Nie czytam tego dla sprawdzenia, bo byłoby to nienaturalne :D
Przyszedł czas, aby uporać się z tym, co nas gryzie we własnym wyglądzie i ZAAKCEPTOWAĆ to, jak wyglądamy. Nie ma sensu użalać się nad sobą, płakać w poduszkę i dręczyć się, że jaka jestem gruba/brzydka/nikt mnie nie lubi/nie będę mieć chłopaka/dziewczyny. Czas wrzucić na luz - jeśli chcesz schudnąć, to rusz tyłek i zacznij biegać czy ćwiczyć z Mel B czy tam Chodakowską. Na wszystko jest rada, uwierzcie mi.
Jednak najważniejsze: jeśli czujesz się dobrze w swojej skórze, to jesteś naprawdę wielkim szczęśliwcem. Nie zmieniaj się tylko dlatego, że ktoś powiedział, że wyglądasz "nie tak". Miej to w dupie, żyj swoim życiem i ciesz się nim, bo "żyje się tylko raz".
Nie czytam tego dla sprawdzenia, bo byłoby to nienaturalne :D
sobota, 23 lutego 2013
nic ważnego
czasem tak sobie myślę o tym, co chciałabym w swoim życiu zrobić. schudnąć, obciąć włosy, pojechać do Australii, Afryki, zobaczyć te wszystkie piękne widoki, pojechać samochodem terenowym na sawannę, zobaczyć, jak żyrafy, zebry i reszta sawanny przemierza jej trawy, zobaczyć słonia w naturalnych warunkach, stanąć oko w oko z tygrysem czy lwem. stać się podobną do swoich koleżanek, zmienić swój charakter, który jest paskudy. przestać w końcu przeklinać, znaleźć sobie chłopaka, zacząć się malować, pójść na masę koncertów, kupić ramoneskę, mieć iPhone'a, proste, białe zęby, nie móc nosić aparatu. ubierać się ze stylem i gustem, tak jak Ci w telewizji i na łamach czasopism. zacząć w końcu rozumieć matematykę, umieć grać na pianinie, gitarze. przeczytać wszystkie książki, które chcę. mieć dobry aparat, być w czym w końcu najlepszym. mieć własne, nietypowe hobby. spotkać kogoś sławnego. znaleźć w końcu przyjaciela, który będzie kupował mi tort na urodziny, siadał i rozmawiał ze mną o wszystkim, pocieszał gdy będzie to konieczne, rozumiał bez słów, został ze mną na zawsze. popełnić samobójstwo, spróbować narkotyku, być kimś całkiem innym, niż jestem. mieć ładny nos, a nie taki o. być czarownicą, potrafić manipulować innymi ludźmi, mieć moc wskrzeszania tych, na których mi zależało, zależy i zależeć będzie. wstawiać fajne zdjęcia na instagrama, mieć spore grono znajomych na fejsie. skoczyć ze spadochronem, ewentualnie na bungee. przenieść się w przeszłość, do średniowiecza, odnaleźć jakiś skarb - zostać archeologiem. zanurkować w oceanie i zobaczyć rafę koralową, zjeść żabie udko na dachu jakiegoś hotelu we Francji. wejść na góry w Ameryce Południowej i wykrzyczeć to, na co miałabym ochotę. zagrać w horrorze, spotkać Tima Burton'a, Johnny'ego Deppa. zobaczyć ducha, znaleźć się o północy w lesie, w najczarniejszą noc, dostać gęsiej skórki i przypływu adrenaliny słysząc wycie wilka. znaleźć dobrze płatną pracę, umieć gotować. nie mieć pryszczy i reszty składu wrogiego wojska. upewnić się, czy Jezus, Bóg i reszta świętości istnieje gdzieś tam, w górze, i wiedzieć, że to całe chodzenie do kościoła, modlenie się, grzebanie zmarłych rzeczywiście jest potrzebne. nie obudzić się w trumnie, w ziemi, gdzie będę leżeć dopóki świat się nie skończy. a może żyć wiecznie?... sprawić, że będę budzić u innych szacunek, być lubianą, ładną. mieć chomika, drzewo w ogródku z pomarańczami i cytrynami, miec moc zatrzymywania czasu. chcę zrobić szpagat, gwiazdę i inne atletyczne wygibasy. spotkać kogoś, komu będzie zależało na mnie w takim stopniu jak i mnie na tej osobie, aby broniła mnie, płakała razem ze mną, spędzała wolny czas. robiła ze mną pizzę, jeździła na rowerze, grała w warcaby. potrafić przybierać inne postacie, znaleźć się w świecie Harryego Pottera i załatwić Voldemorta w pojedynkę. kupić dworek na mazurach, zamek w Anglii, odkryć jego tajemnice. napisać pamiętnik od nowa, mieć konia, spędzić święta tak, jak w amerykańskich filmach. mieć normalną rodzinę, ładnie pisać. napisać maturę na 100% z każdego przedmiotu. na resztę życia znaleźć się w której z książek C. Clare i zostać Nocną Łowczynią. Nie być na TYM świecie, żyć tam, gdzie chciałabym, z daleka od szarej i nudnej rzeczywistości, a być komuś na coś potrzebna, mieć swój udział w ocaleniu świata, zabijać demony, wywoływać zmarłych, umrzeć w imię dobra. obronić środowisko, mieć swój własny odrzutowiec. zatańczyć w deszczu, być piorunem, który zgładziłby wszystkich, których nienawidzę. być WAMPIREM. pić ludzką, ciepłą krew, czuć się usatysfakcjonowana tym, że właśnie odebrałam człowiekowi życie, w czas, kiedy wycieram wargi wierzchem dłoni, rozmazując krew. czuję, że byłabym w tym dobra. przeżyć śmierć kliniczną, kilka razy pod rząd, pomóc chorym, starszym ludziom w ich uzdrowieniu jak i tym młodszym, którzy mają jeszcze całe życie przed sobą. pomóc biednym, sprawić, aby na świecie był pokój. rozpierdolić polski rząd, znaleźć kogoś na miejsce ich wszystkich, kto w końcu wywiódł by Polskę z cienia innych narodów i "zacofania". mieć kabriolet, torbę diora, szpilki louboutina. nie słuchać teraz Rihanny mimo tego, że jej piosenka bardzo mi się podoba. być tornadem, który przejdzie swoją aleją przez teksas i zniszczy wszystko, na co ludzie tak bardzo pracują. sprawić, aby ludzie zaczęli czytać to, co tutaj wypisuję. mieć więcej kasy na torebki, buty, koszulki, kolczyki i inne pierdoły. mieć kogoś, z kim mogłabym się malować, wymieniać ciuchami, dzielić te same poglądy. polecieć na kraniec świata, udowodnić, że gdzieś istnieje. umieć mówić w każdym języku, pospacerować chińskim murem, zobaczyć ŻYWEGO dinozaura. wygrać w lotka, całą sumę, trafić w sedno tego, co chcę robić w życiu. mieć koszulkę z Iron Maiden.
stać się sławnym (?) lecz czy to realne ?
mieć więcej czasu. żyć. potrafić latać. śpiewać.
umrzeć w spokoju.
stać się sławnym (?) lecz czy to realne ?
mieć więcej czasu. żyć. potrafić latać. śpiewać.
umrzeć w spokoju.
Subskrybuj:
Posty (Atom)